[ Pobierz całość w formacie PDF ]

ta  śliczniuchna mała boginka! Prawdę mówią uczeni! cóż to za nieprzebra-
ne bogactwa rozlane są po tym państwie natury! Ile odcieni, ile rodzajów! Jak
przyjdzie człowiekowi wybór czynić, to mu aż w głowie się kręci, a w sercu
149
taje. Ale na co tam wybór, tous les genres sont bons, hors le genre  vieux et
laid! 167
Mężczyzno! puchu marny! ty wietrzna istoto!
*
A Marta?
Marta po silnych doświadczonych wzruszeniach zapadła znowu całkiem w
rachunek groszowy. Sześć rubli otrzymane od księgarza oddała rządcy domu,
spłacając tym sposobem dług, dotąd nie opłacony, i kupując zarazem prawo
mieszkania w izbie na poddaszu przez dwa jeszcze tygodnie.
 Należy się jeszcze za sprzęty  rzeki rządca biorąc z jej rąk pieniądze.
 Zabierz je pan z mojej izby, bo za używanie ich płacić nie mogę.
Dostatni jacyś państwo, mieszkający na pierwszym piętrze, potrzebowali
do kuchni swej czy przedpokoju stołu, kilku krzeseł i łóżka. Nad wieczorem
sprzętów tych nie było już w izbie Marty. Rozciągnęła ona uszczuploną wielce
pościel swą na nagiej podłodze i usiadła na ziemi przed pustym kominem. Z
drugiej strony komina usiadła Jancia. Postawa matki była nieruchoma aż do
sztywności, dziecka  skurczona i drżąca od chłodu, a może i żalu. Dwie twa-
rze blade. stoczone półzmrokiem zapadającego wieczora i głęboką ciszą sa-
motnej izby. przedstawiały widok posępny. Był to także widok tajemniczy.
Dwie dole nieszczęsne siedziały tam przed zimnym otworem okropnego ko-
mina. Jakiż będzie ich koniec?
Jancia miała tej nocy sen niespokojny i przerywany.
Dotąd, jeśli często płakała w dzień, w nocy spała przynajmmej spokojnie.
Ale wieczoru tego wyniesiono z izby ostatni przedmiot jej zabawy: dwa stare
kulawe krzesełka. %7łałowała ich jak dobrych przyjaciół, z którymi bawiła się w
chwilach swobodniejszych, którym cichutko powierzała swoje biedy i żale:
głód, chłód szturchańce Antoniowej, wtedy gdy wiedziona instynktem dobre-
go dziecka nie chciała skarg swych zanosić przed matką. Dziecię rzewnie
płakało widząc, jak wynoszono jej ukochanych, kalekich staruszków, potem
położywszy się na ziemi przypomniało sobie może swoje dawne mahoniowe
łóżeczko galeryjką otoczone, przykryte włóczkową kołderką, z której różno-
barwnych szlaków uczyło się rozróżniać kolory i podziwiać piękność...
Północ już była bliską. Dziecię rzucało się na swoim niskim posłaniu, stę-
kało niekiedy i płakało przez sen. Marta siedziała wciąż na ziemi u komina,
pogrążona w ciemności i gorzkich wyrzutach samej sobie czynionych.
Gorzko, boleśnie wyrzucała sobie postępek swój ze Szwejcową. Po co unio-
sła się obrażoną dumą? Po co opuściła to miejsce, w którym miała jakąkol-
wiek możność jakiegokolwiek zarobkowania? Obelga wprawdzie, jaką jej tam
w oczy rzucono, była nie zasłużoną, wielką, krwawą może, ale i cóż stąd?
Czyż kobiecie w jej położeniu wolno w zamian obelgi rzucić komuś w oczy kęs
chleba czarny, twardy, gorzki, ale ostatni? Nie umieć uczynić nic, aby dzwi-
gnąć się z upośledzonego położenia, i zarazem nie móc cierpliwie przenieść
ciosów i poniżeń tego położenia, co za niekonsekwencja! Przez własną nie-
udolność oddawszy się w ręce kobiety wyzyskującej tę nieudolność, wymagać
od niej dla siebie szacunku i wymiaru sprawiedliwości? Co za bezrozum!
167
Tous les genres sont bons, hors le genre  vieux et laid (franc.)  wszystkie rodzaje (ko-
biet) są dobre, z wyjątkiem jednego  starych i brzydkich.
150
 Nie!  myślała Marta  jedno z dwojga. Trzeba być na świecie albo silną i
dumną, albo słabą i pokorną. Trzeba umieć dzwigać i chronić godność swą
osobistą albo zrzec się do niej wszelkiej pretensji. Jestem słabą, powinnam
być pokorną. Nie mogę czynami mymi podnieść się do takiego położenia, aby
nakazać ludziom szacunek dla mnie, nie powinnam go też wymagać, zresztą,
za cóż ludzie szanować mnie mają? Jaż sama czy naprawdę szanuję siebie?
Czy mogę bez wstydu i wyrzutów sumienia patrzeć na to dziecię, któremu
powinnam być opieką i podporą, a jestem niczym? Czy mogę bez najgłębsze-
go upokorzenia myśleć, że na kształt owcy bezbronnej i głupiej pochylam
kark mój przed nieuczciwą ręką, pozwalając, prosząc nawet, aby z pracy dni
moich, z potu mego czoła tworzyła ona dla siebie i dzieci swych bogactwo? Za
kogo zresztą ma mnie świat cały, ludzie? Jeden odrzuca pracę moją, bo jest
nieudolną; inny z góry już jej nie przyjmuje w przekonaniu, że musi ona być
nieudolną; inny jeszcze wyzyskuje ją nikczemnie, dlatego właśnie, że jest
nieudolną; inny na koniec nie widzi we mnie nawet człowieka równego mu w
czci i cnocie, ale tylko niebrzydką kobietę, którą można... kupić! Dlaczegóż
wymagałam od Szwejcowej tego, czego cały świat mi odmawia, czego zdobyć
sobie u ludzi, u samej siebie  nie potrafiłam?
Noc ustępowała przed szarym zimowym świtem. Marta siedziała wciąż na
jednym miejscu, z łokciami opartymi o kolana, z głową w dłoniach. Czuła się
teraz pokorną, bardzo pokorną, uśmiechała się sama z siebie na myśl, że
wczoraj jeszcze mogła rościć jakieś pretensje do szacunku ludzkiego, była
pewną, że nigdy już nie zadziwi się nad poniżeniem własnym i nie sarknie
przeciw poniżającej ją ręce.
Wraz ze światłem dnia wstąpiły do izby na poddaszu przypomnienia po-
trzeb codziennych. Marta wyjęła z kieszeni złotówkę. Więcej pieniędzy nie
miała i zarobku żadnego. [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • natalcia94.xlx.pl