[ Pobierz całość w formacie PDF ]

strumieniu. Niestety, drzwi wejściowe znajdowały się od strony zabudowań zagrody, nie
mogła więc z nich skorzystać.
Zeszła ostrożnie do wody i brodząc po kolana, zbadała dokładnie tył i boki szopy.
Okien nie było.
Może lepiej poczekać, aż zapadnie zmrok? zastanawiała się. Nie, czas nagli, na pewno
zaraz przyniosą więzniowi jedzenie.
O wejściu drzwiami nie było mowy, bo dwaj pomocnicy staruchy kręcili się przez cały
czas w pobliżu chaty. Ale i zapukać w ścianę nie miała odwagi, zresztą jaki by to miało sens?
Może zaatakować tego, kto przyniesie zupę?
Była zbyt drobna, nie dałaby rady. Ale co w takim razie robić?
Popatrzyła uważnie na dość niski, pokryty darnią dach, na którym pochylały się na
wietrze ostatnie tego lata błękitne dzwoneczki, i pomyślała, że przecież na górze musi być
dymnik.
Zrozumiała, że to jej jedyna szansa, i chwyciła za kant dachu, ale spróchniała belka
rozsypała się jej pod palcami. Chwyciła się więc nieco wyżej, tam gdzie dach zdawał się
trochę mocniejszy. Pośpiesznie podciągnęła się na rękach, znalazła oparcie dla stóp, a potem
przesunęła się wyżej. Przez chwilę leżała nieruchomo, by uspokoić drżące z wysiłku ciało.
Bała się, że otwór w dachu znajduje się od strony zagrody; wówczas zostałaby
niechybnie zauważona. Okazało się jednak, że otwór zrobiono na samym szczycie.
Niedobrze, będzie mnie widać z każdej strony, ale...
Z największą ostrożnością wychyliła się na drugą stronę. Pusto. W każdej chwili
któryś z pomocników wiedzmy mógł wyjść z chaty na podwórko, więc nie zwlekając, usiadła
na szczycie dachu i energicznym kopnięciem zniszczyła przykrycie nad dymnikiem. Była tak
zdenerwowana, że nie czuła właściwie strachu.
Co znaczy odpowiedni strój, pomyślała. Gdybym miała na sobie suknię, nigdy bym
się nie zdobyła na to, by chodzić po dachu, nie mówiąc już o konnej jezdzie nocą.
W tych łachach czuję się i zachowuję jak chłopak.
Zerknęła przez otwór, ale w środku było zupełnie ciemno. Opuszczając się w dół, nie
znalazła oparcia dla stóp i zawisła w powietrzu. Bała się zeskoczyć, bo wnętrze szopy
pogrążone było w mroku i nie widziała, co znajduje się pod nią.
- Kim jesteś, na Boga? - usłyszała nagle głos, na którego dzwięk omal nie rozpłakała
się z radości.
- Pomóż mi - poprosiła. - Trudno rozmawiać, wisząc na rękach.
- Nie mogę, ale skacz, do klepiska masz najwyżej jeden łokieć.
Odważę się? rozważała przez moment, ale rozluzniła uchwyt. Nie mogła przecież
wisieć całą wieczność.
Chyba jednak było nieco wyżej, bo Inga, upadając, trochę się potłukła. Kiedy z jękiem
wstała, dostrzegła opiekuna leżącego na ławie i nakrytego skórą. Wsparty na łokciu,
przyglądał się jej w najwyższym zdumieniu.
- Kim jesteś, na Boga? - zapytał. - Aniołem z nieba? Przecież wróg nie wybrałby takiej
drogi?
- Tylko nie mów, że cuchnę stajnią, bo dobrze o tym wiem - odezwała się Inga, z
trudem powstrzymując łzy wzruszenia. - Ormund, jak dobrze znów cię widzieć! Zaraz cię
uwolnię!
- Ten głos! Czy ja śnię, to chyba niemożliwe?
- To naprawdę ja - chlipnęła dziewczyna. - Nie mamy czasu do stracenia. Jeśli
przyniosą ci zupy, nie wolno ci nic zjeść. Bo ja, niemądra, nasypałam do kociołka ziół na sen.
Kalv tak się zezłościł...
- Poczekaj chwilę - przerwał jej Ormund. - O czym ty mówisz? Byłaś u nich w chacie?
- Musiałam, jak inaczej dowiedziałabym się, gdzie jesteś?
Patrzył na nią oniemiały.
- Opowiadaj! - rzekł po chwili. - A Kalv... Myślałem, że go zabili.
- Nie, uratowałam go - szybko mówiła Inga. - Ale musimy się stąd wydostać.
Dlaczego nie wstajesz?
- Skrępowali mnie. Proszę, pomóż mi, tylko szybko! I opowiadaj o wszystkim!
Słuchał wzruszony, gdy ona tymczasem usiłowała rozluznić krępujące go więzy.
Nagle od strony chaty dobiegło ich skrzypienie drzwi Inga, sztywna ze strachu,
zerknęła na otwór w dachu, choć wiedziała, że tamtędy sama się nie wydostanie.
- Co robimy? - zapytała w panice.
- Chowaj się pod baranicę, szybko! - polecił Ormund.
Wskoczyła pośpiesznie na ławę i położyła się za plecami rycerza.
- Schowaj głowę pod skórę! I zwiń się w kłębek, żeby nie było cię widać!
Inga, znalazłszy się tak blisko ukochanego opiekuna, ze szczęścia zapomniała o
grożącym jej niebezpieczeństwie. [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • natalcia94.xlx.pl