[ Pobierz całość w formacie PDF ]

43
ósmej, czułem się pokrzepiony dobrym snem ostatniej nocy. Koło
tratwy, pod niskim i ołowianym niebem, przeleciało siedem mew.
Przed dwoma dniami ucieszyłem się ogromnie z ich
obecności. Teraz, kiedy zobaczyłem je po raz trzeci, po dwóch
kolejnych dniach, obleciał mnie strach. "Siedem zabłąkanych mew",
przemknęło mi przez głowę. Myślałem o tym z rozpaczą. Każdy
marynarz wie, że czasami stadko mew gubi się na morzu i błąka się
potem wiele dni, aż napotka statek, który wskaże drogę do portu. Być
może mewy, jakie widziałem w ciągu tych trzech dni, były codziennie
tymi samymi zagubionymi. Znaczyłoby to, że tratwa coraz bardziej
oddala się od lądu.
44
Rozdział VIII
Walka z rekinami o rybę
Myśl, że w ciągu tych siedmiu dni zamiast przybliżać się, coraz
bardziej oddalam się od lądu, zabiła we mnie chęć walki. Ale gdy
stajemy oko w oko ze śmiercią, budzi się instynkt przetrwania. Z wielu
powodów dzień ten - mój siódmy dzień - różnił. się od poprzednich:
morze było spokojne i ciemne, słońce grzało skórę, było ciepło i
pogodnie, a lekka bryza łagodnie popychała tratwę i przynosiła pewną
ulgę poparzonemu ciału.
Także ryby były inne. Od świtu towarzyszyły tratwie. Płynęły tuż
pod powierzchnią. Widziałem je wyraznie: niebieskie, brunatne i
czerwone. Były we wszystkich kolorach. Miały różne kształty i
wielkość. Zdawało się, że otoczona przez nie tratwa unosi się po
powierzchni akwarium.
Nie wiem, czy po siedmiu dniach dryfowania o pustym żołądku
człowiek przyzwyczaja się do takiego życia. Myślę, że tak. Wczorajsza
rozpacz ustąpiła miejsca ospałej i niedorzecznej rezygnacji.
Byłem pewny, że wszystko się odmieniło, że niebo i morze nie są
już wrogie, a towarzyszące mi ryby, stare znajome od siedmiu dni, są
wobec mnie usposobione przyjaznie.
Tego ranka nie myślałem już, że dokądkolwiek dotrę. Byłem
pewny, że tratwa znalazła się w strefie, którą omijają statki, gdzie
gubią się nawet mewy.
Ale myślałem również, że po siedmiu dniach dryfowania
przywyknę wreszcie do morza, do tego niewesołego trybu życia, bez
wysilania fantazji, aby przetrwać. W końcu wytrzymałem już tydzień
na przekór wszystkim przeciwnościom. Dlaczego nie miałbym żyć tak,
na tratwie, bez końca? Ryby pływały po powierzchni, morze było
czyste i ciche. Dookoła było tyle pięknych i nęcących stworzeń, iż
zdawało mi się, że mógłbym je chwytać gołymi rękoma. W zasięgu
wzroku nie było żadnego rekina. Ufnie włożyłem dłoń do wody i
próbowałem złapać okrągłą rybę, jaskrawo niebieską, nie dłuższą niż
dwadzieścia centymetrów. Jakbym rzucił kamień. Wszystkie ryby
błyskawicznie się pogrążyły. Ukryły się pod wodą, w jedne; sekundzie
spienioną. Potem z wolna zaczęły wypływać na powierzchnię.
45
Pomyślałem, że muszę być bardziej przebiegły, jeśli chcę coś
złapać. Pod wodą dłoń nie ma tej siły ani zwinności. Upatrywałem
sobie jakąś rybę. Próbowałem ją schwycić. I rzeczywiście chwytałem.
Ale czułem, jak mi się wyślizguje z dłoni z zaskakującą szybkością i
zręcznością. Cierpliwie, bez pośpiechu starałem się złapać choć jedną
rybę. Nie myślałem o rekinie, który być może krążył gdzieś tutaj w
głębinie, czyhając, aż zanurzę rękę po łokieć, by oderwać ją jednym
pewnym szarpnięciem swych zębów. Minęła dziesiąta, a ja wciąż
byłem zajęty połowem. Ale nic z tego. Gryzły mnie w palce, z
początku łagodnie, jakby próbowały przynęty. Potem silniej. Jakaś
półmetrowa ryba rozdrapała mi skórę na kciuku. Dopiero wtedy
zauważyłem, że i ukąszenia innych ryb nie były niewinne. Na
wszystkich palcach miałem drobne, krwawiące zadrapania.
Rekin na tratwie!
Nie wiem, czy to z powodu krwi, ale wkrótce zakłębiło się wokół
tratwy od rekinów. Nigdy nie widziałem ich tyle. Nigdy nie dały
takiego popisu swojej krwiożerczości. Skakały obok tratwy jak
delfiny, uganiając się za rybami i pożerając je. Przerażony usiadłem na
środku tratwy i przyglądałem się tej rzezi.
Stało się to tak nagle, że nie zauważyłem, kiedy jakiś rekin
wyskoczył z wody, mocno uderzył płetwą ogonową, a rozchwiana
tratwa pogrążała się w błyszczącej pianie. W lśnieniu fali, która rozbiła
się o burtę, dostrzegłem metaliczny błysk. Instynktownie złapałem
wiosło i zacząłem wymierzać śmiertelne ciosy: byłem przekonany, że
do tratwy wpadł rekin, ale w tej samej chwili zobaczyłem olbrzymią
płetwę obok tratwy i zrozumiałem wszystko.
Zcigana przez rekina ryba, błyszcząca i zielona, długa na blisko
pół metra, wskoczyła do środka. Ze wszystkich sił wymierzyłem
wiosłem pierwszy cios w głowę.
Niełatwo jest zabić rybę na tratwie. Przy każdym uderzeniu tratwa
chwieje się; grozi wywrotką. Chwila była straszliwie niebezpieczna.
Potrzebowałem wszystkich swoich sił i całej przytomności umysłu.
Gdybym zaczął teraz tłuc wiosłem bez opamiętania, tratwa mogłaby
się wywrócić. Wpadłbym do wody pełnej wygłodniałych rekinów. Ale
gdybym nie trafił, zdobycz umknęłaby. Znalazłem się między życiem i
śmiercią. Albo skończę w paszczy rekina, albo będę miał cztery funty
świeżej ryby na zaspokojenie siedmiodniowego głodu. Mocno oparłem
się o burtę i wymierzyłem drugi cios. Czułem, jak drzewce wchodzi w
46
kościsty łeb ryby. Tratwa zachybotała się. Rekiny zakłębiły się pod
dnem. Przywarłem jednak mocno do burty. Kiedy tratwa odzyskała
równowagę, ryba w środku jeszcze żyła. Zdychająca ryba może
skoczyć dalej i wyżej niż kiedykolwiek. Wiedziałem, że trzecie
uderzenie musi być celne, bo inaczej stracę zdobycz.
Jednym susem siadłem na podłodze; w ten sposób miałem większe
szanse pochwycenia jej. Gdyby zaszła potrzeba, pomógłbym sobie
piętami, kolanami albo zębami. W przekonaniu, że nie wolno mi
chybić, bo całe moje życie zależy od tego uderzenia, ze wszystkich sił
zamachnąłem się wiosłem. Zwierzę znieruchomiało od ciosu, a strużka
ciemnej krwi zabarwiła wodę w tratwie.
Ja sam poczułem zapach krwi. Wyczuły ją także rekiny.
I dopiero teraz, gdy już miałem cztery funty ryby, ogarnął mnie
niepohamowany strach: drapieżniki rozjuszone wonią krwi z całych sił
uderzały o dno. Tratwa chwiała się. Wiedziałem, że lada moment może
się wywrócić. Była to kwestia sekund. Błyskawicznie zostałbym
rozszarpany przez trzy rzędy stalowych zębów, jakie rekiny mają w
każdej szczęce.
A jednak głód był silniejszy od wszystkiego. Zcisnąłem rybę
nogami i balansując ciałem starałem się przywrócić tratwie
równowagę po każdym nowym ataku bestii. Trwało to wiele minut.
Gdy tylko przestawała się kołysać, wylewałem ze środka zakrwawioną
wodę. Stopniowo oczyściłem ją i rekiny uspokoiły się. Musiałem się
jednak mieć na baczności, straszliwa płetwa - rekina lub jakiegoś
innego drapieżnika - największa, jaką w życiu widziałem, sterczała
przeszło metr nad wodą. Bestia pływała spokojnie, ale wiedziałem, że
gdyby znowu poczuła zapach krwi, jednym uderzeniem wywróciłaby
tratwę. Z wielką ostrożnością zabrałem się do patroszenia mojej ryby.
Półmetrowe zwierzę chronił twardy pancerz z łusek. Kiedy je
próbowałem oderwać, czułem, że przywierają do ciała, jakby były ze
stali. Nie miałem nic do krojenia. Próbowałem podważyć łuski [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • natalcia94.xlx.pl