[ Pobierz całość w formacie PDF ]

gdyby tak się stało. - Będę zmykała. Muszę sprawdzić, czy instalacja
wyschła.
- A jeżeli go nie ma?
- Nie wiem - wzdycham z ciężkim sercem. - Może pojadę do Pipa i
spróbuję z nim porozmawiać.
- Jesteś pewna, że to dobre posunięcie?
- Nie - przyznaję. Ale i tak zamierzam to zrobić.
Rozdział czternasty
Wciskając włącznik, nastawiani się na najgorsze. I proszę,
zamiast okropnego dzwięku eksplozji światło pojawia się tam, gdzie
być powinno. Czuję ulgę - przynajmniej jeden z moich problemów
został załatwiony. Elektryczność na żądanie to jedna z tych rzeczy,
które bierzemy za pewnik - jak nasze związki. Byłoby miło, gdybym
mogła pstryknąć kolejnym włącznikiem i w cudowny sposób
sprowadzić Jake'a do domu, przepełnionego miłością do mnie.
Niestety, nie ma takiego włącznika, a Jake nie wrócił.
Dom wydaje się bez niego taki pusty, szczególnie po powrocie z
pogrążonego w chaosie domostwa Edie. Rzucam byle gdzie torbę i
znów próbuję dodzwonić się na jego komórkę, ale najwyrazniej Jake
postanowił nie odbierać moich telefonów, bo od razu włącza się poczta
głosowa. Tym razem nawet nie zostawiam wiadomości. Co mam więc
robić? Mogłabym tu siedzieć, użalając się nad sobą, i oglądając
gówniany niedzielny program w telewizji - zawsze pokazują jakiś
łzawy dramat o kobiecie w ciąży - i zastanawiać się, co naprawdę myśli
Jake. Albo ruszyć się, znalezć go i spróbować wszystko wyjaśnić. Jeśli
mam go błagać, wolę to zrobić twarzą w twarz.
Poprawiam urodę, nakładając kolejną warstwę podkładu, żeby ukryć
nienaturalną bladość, wkładam mniej wygniecione ciuchy. Nie chcę się
stroić, ponieważ słowo  zdesperowana" pojawiło się w zbyt wielu
rozmowach, które przeprowadziłam w ciągu ostatnich dwóch dni, ale
nie chcę też wyglądać, jakby przejechała mnie ciężarówka. Wybieram
dżinsy i jedwabny sweter, wskakuję do powgniatanego samochodu i
ruszam do północnego Londynu, gdzie mieszka Pip. Jadąc, mam dużo
czasu na myślenie, ale nie mogę włączyć radia, bo każda cholerna
stacja puszcza coś o nieszczęśliwej miłości, a wszystkie kompakty w
schowku nadają się
wyłącznie dla porzuconych kobiet. Jest mi trudno i bez tego, nie chcę
dotrzeć na miejsce jako zapłakana kupka nieszczęścia. Koncentruję się
na stukaniu wycieraczek i próbuję nie wpaść w trans.
Całe wieki nie byłam u Pipa. Jakiś rok temu dość często wy-
chodziliśmy razem, ale nasza przyjazń się rozmyła, bo Jake i ja od
wielu miesięcy nie widzieliśmy się z nim na gruncie towarzyskim.
Chyba głównie dlatego, że Pip nie potrafi być zbyt długo z tą samą
dziewczyną. Doszłam do tego, że przestałam nawet próbować za-
pamiętywać ich imiona. Mam wrażenie, że Pip również.
Krążę wokół domu, ale co charakterystyczne dla tej części
północnego Londynu, nie mam szans na znalezienie w pobliżu miejsca
do parkowania. Nie zniosłabym płacenia wysokiego czynszu za
mieszkanie, jeśli za każdym razem musiałabym wlec się pół mili do
samochodu. Wreszcie udaje mi się gdzieś wcisnąć moją fiestę i
wygląda na to, że wciąż jeszcze jestem na południu Anglii. Parasolkę
mam czarną z wielkim pomarańczowo-żółto prążkowanym
Tygryskiem z boku. Jake kupił mi ją na urodziny. Ciągle gubię
rękawiczki, parasolki i okulary przeciwsłoneczne. Kiedy na chwilę
odwrócę wzrok, w tajemniczy sposób znikają. Sama jedna mogłabym
utrzymać większość producentów dodatków. Kulę się pod parasolką,
zamykając samochód, a potem odważnie ruszam w deszcz, gnając
chodnikiem i starając się omijać kałuże.
Pip zajmuje parter starej georgiańskiej kamienicy - brzmi to jednak
trochę lepiej, niż wygląda. W rzeczywistości przydałoby się
pomalować frontowe drzwi, a na ulicy zawsze piętrzą się stosy
czarnych worków na śmieci. Część domów została odnowiona i
zasiedlona przez prawników oraz dziennikarzy BBC. Inne sprawiają
wrażenie zamieszkanych przez studentów albo kloszardów, bo w
oknach widać brudne dziurawe firanki. Pukam do drzwi, drżąc z
zimna. Bez względu na to, co włożę, jakoś nigdy nie mogę się
rozgrzać. Być może, żeby czuć się komfortowo, powinnam była
urodzić się w południowej Kalifornii albo Włoszech. Nikt nie otwiera.
Nie wygląda to dobrze. Ani przez największe okno, ani przez matowe
szkło frontowych drzwi nie
widzę światła, mimo że prawie dotykam ich nosem. Nie wiem, co
robić. Gdyby udało mi się zaparkować tuż przed wejściem, mogłabym
siedzieć w samochodzie i czekać, ale fiesta jest za daleko i nie zobaczę
Jake'a, kiedy wróci. Mogłabym po prostu wrócić do domu i uznać, że
nie miałam szczęścia, ale chcę wiedzieć, gdzie jest, chcę z nim
porozmawiać i za długo jechałam, żeby teraz zakończyć poszukiwania.
Nie mogę podjąć decyzji. Dlaczego ta niespodziewana samotność
sprawiła, że nawet najbardziej podstawowe procesy myślowe stały się
dla mnie herkulesowym wysiłkiem? Niebo jest prawie czarne i
najwyrazniej wciąż dysponuje dużym zapasem deszczu, który
wyrzyguje na nas, biednych nieszczęśników w dole. Kucam na progu,
żeby pomyśleć. W rogu jest suche miejsce, które omija zacinający
deszcz. Chowam się pod parasolką z tygryskiem, kulę i próbuję
udawać, że dzięki temu nie zamarznę na śmierć.
Zwiatła oświetlają dom leniwym łukiem jak szperacze. Motocykl
powoli wtacza się na chodnik i zatrzymuje przy parkanie z kutego
żelaza. Motocyklista zsiada i łańcuchem przyczepia motor do prętów.
Zakładam, że to Pip, bo słyszałam od Jake'a, że zmienił środek
transportu. Zdejmuje kask i zmierza w moją stronę.
- Cześć - rzucam i Pip aż podskakuje.
- Matko jedyna! Lyssa! Co ty tu robisz? Przemokłaś. Długo czekasz?
Tak naprawdę nie wiem, jak długo tu siedzę. Wystarczająco długo, by
zdrętwiały mi nogi, a deszcz przemoczył płaszcz na wylot. Dlaczego
nie zauważyłam tego wcześniej?
- Chodz - mówi Pip. - Wejdzmy.
- Będziesz musiał pomóc mi wstać. - Pip ujmuje moją dłoń ręką w
wielkiej, motocyklowej, skórzanej rękawicy i ciągnie mnie do góry.
Strzyka mi w kolanach.
- Przeziębisz się na śmierć - jojczy Pip.
Nie mogę się nie uśmiechnąć, bo mówi zupełnie, jakby był moją
matką. [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • natalcia94.xlx.pl