[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Słońce wzbiło się już wysoko, kiedy otworzyłem oczy. Nic dziwnego, po takiej pracy i na
wygodnym łożu śpi się wybornie, a zresztą nie miałem nic pilnego do roboty, nikt mnie do
30
niej nie budził. Pierwszy ten spokojny nocleg skrzepił mnie przecudownie, uczułem się jakby
odrodzonym i poszedłem zażyć przechadzki.
Wiedziony tęsknotą, udałem się na skałę, wznoszącą się ponad moim mieszkaniem, ażeby
śledzić statki na morzu. Na próżno wytężałem wzrok na wszystkie strony, wszędzie pusto i
głucho. Wtem przyszło mi na myśl, jakim sposobem, gdybym spostrzegł okręt, dałbym znać o
sobie jego obsadzie. Uderzony tą myślą, zacząłem znosić suche gałęzie, obdzierać korę z
drzew i z tego materiału układać stos na skale, ażeby w razie ujrzenia okrętu ogniem i dymem
zawiadomić ludzi na nim będących o moim na wyspie pobycie. Już naznosiłem dużo drzewa,
gdy uderzył mnie mój nierozsądek.
 Mój Robinsonku, jakież z ciebie cielę, pomyślałem sobie. Ułożyłeś stos, to bardzo pięk-
nie, ale czymże go podpalisz, gdzie krzemień, krzesiwo i hubka? Trzeba nie mieć odrobiny
oleju w głowie, żeby się tak spisać. Powróciłem więc z gniewem do domu i zacząłem rozmy-
ślać, jakim by sposobem można ogień rozniecić. Byłaby to dla mnie ogromna korzyść.
Naprzód chciałem spróbować, czy by mi się nie udało skrzesać go tylcem mojego noża, ale
wszystkie kamienie były za miękkie do wydobycia iskry, a krzemienia nigdzie znalezć nie
mogłem. Porzuciłem więc ten zamiar, a wiedząc, iż Murzyni rozniecają ogień, trąc dwa ka-
wałki drzewa o siebie, uciąłem stosowne kawałki drzewa i tarłem je bez przestanku przeszło
godzinę. Drzewo rozgrzewało się wprawdzie, lecz właśnie wtenczas zaczynało mi sił brako-
wać, a nim je odzyskałem, to wszystko ostygło, i trzeba było na nowo rozpoczynać. Po kilku
daremnych próbach, namęczywszy się porządnie i widząc, że nic nie dokażę, rzuciłem je z
gniewem daleko od siebie, jakby to z ich winy pochodziło i poszedłem do lasu, ażeby nazbie-
rać większy zapas kukurydzy, gdyż zanosiło się na deszcz, a nie życzyłem sobie wcale cho-
dzić podczas słoty do lasu.
W nocy obudził mnie jakiś szelest. Wprawdzie od czterech blisko tygodni, jak przybyłem
na wyspę, nie pokazywało się żadne zwierzę, pomimo to dreszcz przeszedł mnie od stóp do
głów. Słyszałem wyrazny i nieustanny szelest, który ani zbliżał się, ani oddalał. Wybiegłem
ku otworowi jaskini, a gęste krople deszczu objaśniły mię, skąd ów szmer pochodzi. Powró-
ciłem na posłanie i uspokojony usnąłem. Lecz wkrótce inna okoliczność, daleko nieprzyjem-
niejsza, sen mój przerwała. Skutkiem parogodzinnej ulewy woda nagromadziła się w jaskini i
podeszła pod posłanie. Zbudzony niemiłym chłodem, porwałem się na nogi, szukając po
omacku suchszego miejsca, lecz dno jaskini było równe prawie i dlatego wszędzie jednakowa
wilgoć. Szczęściem trafiłem na kawałek wystającej ściany, tu więc umieściwszy swą godność
w najniewygodniejszym położeniu, siedząc skulony, czekałem z niecierpliwością rana. Zale-
dwie się rozwidniło i deszcz ustał nieco, zacząłem szukać przyczyny nocnej kąpieli. Sądziłem
bowiem, że skaliste sklepienie nie powinno deszczówki przepuścić, a niepodobna, aby z ze-
wnątrz zalatywała ulewa. Tymczasem z wielkim zmartwieniem ujrzałem w powale groty sze-
roką szczelinę, którą woda arcywygodnie dostawała się do wielkiej sali mojego zamku. Trze-
ba było temu zaradzić, ale jak? Naprzód, przy pomocy miotły, zrobionej z gałązek drzew-
nych, usunąłem wodę z mieszkania. Potem wyszedłem na wierzch skały, ażeby otwór bliżej
zbadać. Wzdłuż opoki biegła rysa szeroka na ćwierć łokcia, a na parę metrów długa; tędy to
woda przesiąkała do środka, należało ją więc zaprawić, a raczej zaopatrzyć daszkiem.
 Mój Robinsonku, rzekłem do siebie, zdawałeś w przeszłym tygodniu egzamin na majstra
murarskiego, spróbuj no teraz ciesiołki. Muszę cię pochwalić, żeś bez młotka i kielni niezle
się spisał. Zobaczymy, czy też bez siekiery i piły dasz sobie radę?
Naprzód trzeba było postarać się o rodzaj gontów albo dachówek. Widziałem ja w lesie ro-
ślinę na pięć metrów wysoką, z szerokimi liśćmi. Umyśliłem użyć ich do zrobienia dachu.
Skoro więc deszcz ustał zupełnie puściłem się do boru. Jakoż wkrótce znalazła się owa rośli-
na. Miała łodygę grubą, wysoką na siedem do ośmiu metrów, a od opadniętych liści jakby
sęczkami od dołu pokrytą. Za ich pomocą wspiąłem się aż do korony liściastej, rozchodzącej
się na wszystkie strony w kształcie palmowego wachlarza. Chcąc naciąć liści, objąłem noga-
31
mi łodygę, a ręką począłem je naginać, lecz odchyliwszy liście, z podziwem ujrzałem żółtawe
owoce, długie na 50 centymetrów, kształtem do ogórków podobne. Zcinając liście, nie zapo-
mniałem i o nich, i kilka na ziemię zrzuciłem.
Zszedłszy na dół, spróbowałem owoców i któż moją radość opisze, gdym poczuł w ustach
smak słodkawy, przyjemny, orzezwiający. Ucieszyłem się tym więcej, bo mi się już kukury-
dza zupełnie przejadła. Owoc ten, jak się pózniej dowiedziałem, nazywa się pizang. Znajdo-
wał on się obficie na licznych drzewach i mogłem go do zbytku używać.
Posiliwszy się, natychmiast rozpocząłem zaprawę szczeliny w sklepieniu groty. Nie szło
mi jednak tak łatwo, jak z początku mniemałem. Szpara była u góry dosyć szeroka i nie dała
się samymi liśćmi przykryć. Należało koniecznie wprzódy ułożyć jakieś podpórki, ażeby się
na nich mogły oprzeć. Narobiłem z gałązek drzewnych kilkadziesiąt podpórek, ale nie mając
gwozdzi, nie mogłem ich umocować w szczelinie.
Wtem przyszły mi na myśl liany, znajdujące się obficie w lesie. Naciąłem ich sporo. Na-
stępnie, urżnąwszy dwie długie, proste gałęzie, poprzywiązywałem do nich lianami owe
drobne podpórki tak, iż się z tego utworzyła drabina dosyć długa i mocna. Drabinkę tę poło-
żyłem wzdłuż na szczelinie, a na tym rusztowaniu umieściwszy kilka warstw liści pizango-
wych, poprzykrywałem kamieniami, ażeby mi wiatr zbyt lekkiego dachu nie porwał, boki zaś
drabiny przytwierdziłem do ziemi kulkami z gałęzi.
Robota ta, tak lekka na pozór, zajęła mi cały dzień i zmęczyła porządnie, tak iż ukończyw-
szy ją pózno wieczorem, jak nieżywy ległem na posłaniu.
Nazajutrz pierwsza moja myśl była o pizangach. Pobiegłem po nie i sprawiłem sobie pysz-
ne śniadanie. Wczoraj jadłem je z pewną bojaznią, lękając się, czy nie mają własności trują-
cych, ale noc ubiegła bez złych skutków, więc mogłem bezpiecznie je spożywać. [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • natalcia94.xlx.pl