[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Na scenie zjawiła się kucharka, wspaniała jak słoń wojenny. Teraz wiedziałem, dokąd poszedł
Kaid. Omal nie rozdeptała Roze'a.
- Nie sądzę, żeby nam była potrzebna armia - mruknąłem.
- Za twardy jesteś, Garrett - wtrącił Morley. - Powtarzam ci jeszcze raz: Ten facet naprawdę
jest dobry.
- No. Jasne. - Zawróciłem do drzwi, żeby zobaczyć kucharkę w akcji.
Akcja właściwie już dobiegła końca. Kucharka stała przed cudownym doktorem, opierając
pięści na szerokich biodrach, i wyglądała, jakby za chwilę miała zionąć ogniem. On tymcza-
sem już zdjął swój wspaniały kapelusz i właśnie uwalniał się od namiotu.
Tak jak sądziłem, gość w środku ważył więcej kamieni1, niż mogłem policzyć na palcach rąk
i nóg, ale i tak musiałem zrewidować swoją opinię odnośnie jego tonażu. W ubraniu robo-
czym nie miał więcej niż metr czterdzieści wzrostu.
Było w nim coś z trolla i trzech lub czterech innych gatunków. Teraz, kiedy zdjął kostium,
trzeba było przyznać, że, nosząc go, chyba miał rację. Dzięki temu jego mały pyszczek wy-
glądał imponująco.
1
l kamień = ok. 6,35 kg
- Panie Garrett, dam sobie spokój z pokazami. Jak zapewnił pana mój dobry przyjaciel Do-
jango, jestem autentycznym towarem. - Jego głos był o głębokość studni poniżej basu. Gdzieś
kiedyś ktoś chyba przyłożył mu w jabłko Adama, co nadawało jego głosowi warkliwy, chro-
powaty odcień i utrudniało zrozumienie słów. Wiedział o tym i mówił powoli. - Powiedziano
mi, że macie kłopoty ze złośliwym duchem. Jeśli nie jest klasy drugiej lub wyższej, poradzę
sobie z nim.
- Hę? - Nie znałem tego żargonu. Staram się nie wchodzić w konszachty z czarownikami. To
bywa niebezpieczne dla zdrowia.
- Czy zmieni pan zdanie i pozwoli rozejrzeć się trochę po domu?
Dlaczego by nie? Jestem spokojnym facetem, jeśli ludzie nie łażą mi po głowie.
- Jeśli tylko strząśniesz z butów końskie bobki i nie zamoczysz nam dywanów.
Był tak brzydki, że nie potrafiłem zinterpretować wyrazu jego twarzy, ale chyba nie docenił
dowcipu.
- Czego ci trzeba z naszej strony? - zapytałem.
- Niczego, mam własny sprzęt. Może kogoś, kto oprowadziłby mnie po miejscach, gdzie naj-
częściej pojawia się duch.
- Nie pojawia się. W każdym razie nie wtedy, kiedy ktoś patrzy. Jedynym dowodem, jaki
mamy, jest opinia doktora.
- Ciekawe. Duch tego rodzaju, o jakim on mówił, powinien pojawiać się dość często. Dojan-
go. Mój zestaw.
- Czy on może wydawać się kimś znajomym? - zapytał.
- Wyjaśnij swoje pytanie, proszę.
Opowiedziałem mu o Morleyu, którego niby widziałem.
- Tak. Właśnie tak. Jeśli chce, może spowodować w ten sposób ogromne zamieszanie.
Roze poczłapał do powozu doktora. Tymczasem Doom wyjaśniał:
- Może powinienem przeprosić za ten denerwujący sposób przybycia. Ludzie, którzy mnie
zwykle angażują, nie uwierzyliby, gdybym im nie zrobił takiego przedstawienia. Doskonale
to rozumiałem. Nieraz też spotykałem się z tym problemem we własnej działalności. Poten-
cjalni klienci przyglądają mi się i zastanawiają, zwłaszcza kiedy katalogują blizny na mojej
twarzy. Muszę im podpowiadać, że powinni zobaczyć innych z tej profesji.
Dojango wgramolił się na schody, targając cztery potężne skrzynie. Razem wzięte były chyba
cięższe od niego. Twarz mu zamarła w grymasie, który miał być uśmiechem. Kucharka uzna-
ła, że wszystko jest już w porządku, bo ruszyła do domu. Nie odezwała się do mnie ani sło-
wem. Poczułem się urażony.
Ale nie za bardzo.
Dojango dyszał, jakby przebiegł trzydzieści kilometrów.
- No to co, zaczynamy? - zapytał doktor Doom.
XXXIX
dy tylko doktor przestał się wygłupiać, zaczął sprawiać wrażenie profesjonalisty.
Rozpoczął od fontanny, na temat której rzucił kilka trafnych uwag, sugerując, że jest
G to jedno z większych dzieł sztuki rzezbiarskiej nowoczesnej ery. Zapytał, czy może
byłaby na sprzedaż w najbliższej przyszłości.
Peters i ja wymieniliśmy wymowne spojrzenia. Peters był zdecydowanie zagubiony, gdyż
nagle zetknął się ze światem, o którym do tej pory wyłącznie słyszał.
- Nie sądzę, doktorze - odparł. - Nie sądzę.
- Szkoda. Wielka szkoda. Chciałbym ją mieć. Byłaby wspaniałym rekwizytem. - Grzebał w
swoich skrzyniach, kolejno otwieranych przez Dojango, powyciągał to i owo... a nikt inny nie
wiedział, co to takiego. O ile zdołałem stwierdzić, były to rekwizyty przeznaczone do robie-
nia wrażenia na wieśniakach i nie miały żadnego innego zastosowania.
W trzy minuty pózniej oznajmił:
- W tym domu miało miejsce wiele traumatycznych wydarzeń. - Spojrzał na coś, co trzymał w
dłoni, i podszedł do miejsca, w którym Chain opuścił ten padół łez. Chłopcy posprzątali bar-
dzo dokładnie. Prawdopodobnie Chain będzie odpoczywał teraz w chłodni, do momentu za-
sadzenia.
- Niedawno umarł tu człowiek. Gwałtowna śmierć. - Doom podniósł wzrok. - Podejrzewam,
że został skądś zepchnięty.
- Dokładnie - przyznał. - Może w godzinę po północy dziś rano.
Krążył po holu.
- Chodziły tu trupy. Zombi... Nie! Gorzej. Poza kontrolą. Upiorce...
Spojrzałem na Morleya.
- Zna się na rzeczy albo ma tu kumpla.
- Bardzo jesteś podejrzliwy.
- Zboczenie zawodowe. [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • natalcia94.xlx.pl