[ Pobierz całość w formacie PDF ]

pod kanapą i nie wychodząc aż do kolacji.
Oczyszczone z mięsa kości kota zostały w końcu znalezione pod schodami.
Widocznie wyszedł jednak na spacer i spotkał jakiegoś psa.
Profesor Minc wycinał notki o liśkach, jakie coraz częściej pojawiały się w ga-
zetach, chociaż lisiek w naszym kraju było mniej niż w kapitalistycznie rozwinię-
tej Ameryce czy w Szwajcarii. I to właśnie on natrafił na artykuł w  Naturę ,
gdzie z kalkulatorem w ręku udowadniano, że będąc idealnym domowym zwie-
rzęciem, honki, inaczej liśki, nie znoszą żadnej konkurencji ze strony innych zwie-
rząt. I dlatego są genetycznie zaprogramowane na ich niszczenie. Firma  Mitsu-
bishi Animals złożyła na  Naturę pozew do sądu, ale póki sprawa się ciągnęła,
w Wielkim Guslarze zaginął miniaturowy pudełek Bim, mieszkający w pewnym
mieszkaniu razem z liśka. A powiedzieć należy, że w tym czasie w mieście ży-
ło już ze trzydzieści lisiek  trzecie i czwarte pokolenie powstało bez pomocy
japońskich pigułek, drogą naturalną.
153
Dobra, zaginął pudel, wielka mi sprawa, ale pani widziała, obudziwszy się
o świcie, że jej ukochana liska coś zagrzebuje w rabatce z floksami. Zaintereso-
wała się tym i bardzo była zdziwiona, że na jej widok liska uciekła wystraszona.
W dołku, zasypany do połowy, znajdował się oczyszczony z tkanki psi szkie-
lecik. Tak zakończył żywot Bim.
 Tego należało oczekiwać  powiedział profesor Minc i napisał artykuł do
gazety  Guslarski Sztandar , w którym przystępnie wyjaśnił, że japońscy uczeni
osiągnęli lepsze rezultaty niż te, do których dążyli. Wszystko wskazywało na to,
że doszli do idealnego  efektu kukułki  dla zachowania swego miejsca w ro-
dzinie czyli stadzie, liśka jest gotowa na każde przestępstwo, ponieważ nie ocenia
swego działania w kategoriach przestępstw. Przecież atakując gniazdo szpacze kot
nie myśli o tym, że jest mordercą.
Artykuł został wydrukowany pod dziwnym tytułem:  Strzeżcie psy i nikt się
nim poważnie nie przejął.
No bo jak można serio potraktować taki tekst, skoro czytający siedzi w fote-
lu, przed nim mamrocze telewizor, a kolana grzeje zwinięty w kłębek czarujący
zwierzak, cud, który pozwala ci odpocząć po trudnym dniu i obrzydliwej kłótni
w autobusie.
. . . Wydarzyło się to w angielskim miasteczku Bromley pod Londynem.
Pani Mary Wicont martwiła się stanem zdrowia swego niemowlęcia, cierpią-
cego na silne przeziębienie. Pędzała przy jego łóżeczku całe noce i dnie, odcho-
dząc tylko w razie konieczności. A należy powiedzieć, że według danych gazety
 Daily Telegraph , Mary mieszkała sama, ponieważ jej mąż służył na Wyspach
Falklandzkich.
Domowa doiły leniła się, co oznaczało, że stała się na kilka dni zródłem aler-
gii, dlatego pani Wicont nie wpuszczała pupila do dziecinnego pokoju.
Rano w piątek Mary zwróciła uwagę, że doiły jest rozzłoszczona, nie chce jeść
i nawet szczerzy zęby, czego wcześniej nigdy nie robiła. A kiedy Mary, przecho-
dząc obok, w roztargnieniu chciała pogłaskać zwierzę to liśka odskoczyła na bok,
czym wywołała uśmiech na twarzy gospodyni. Poza rym nie zwróciła na incydent
większej uwagi.
Nakarmiwszy niemowlę Mary udała się do kuchni i wyszła z workiem śmie-
ci na zewnątrz, do śmietnika. Nie było jej w domu około dwóch minut, a kiedy
wróciła, zaniepokoił ją niewyrazny hałas na górze. Kierując się macierzyńskim
instynktem rzuciła się tam  i w samą porę. Zastała swoją ukochaną doiły wcze-
pioną zębami w gardło dziecka.
Mary zaczęły odrywać zwierzę od ofiary, zwierzak się bronił, podrapał jej
ręce do krwi pazurkami tylnych nóg, ale kiedy, oderwawszy go od malca, Mary
z obrzydzeniem cisnęła doiły w kąt, ta nagle straciła całą swą agresję i zupełnie
jak człowiek zasłoniła łapką mordkę i zalała się rozbrajającym szlochem.
Kiedy do domu wrócił wezwany przez matkę mąż, był wściekły.
154
Chciał niezwłocznie oddać zwierzaka do kliniki, do uśpienia, ale doiły jakby
zrozumiała co jej grozi: położyła się na plecy, podniosła do góry łapki i jęczała
gorzko. Doiły lizała podłogę, usiłowała całować po stopach gospodarzy, a we-
zwany weterynarz wytłumaczył jej zachowanie zazdrością, która, jak się okazało,
jest cechą wszystkich zwierząt, a u tych najbardziej czułych i przywiązanych do
człowieka  najsilniej występującą.
Weterynarz zgodził się zabrać ze sobą doiły i Mary, choć zgadzała się z mę-
żem, że nie można więcej ryzykować zdrowia potomka, przeżywała to rozstanie
co najmniej tak, jak pupil.
Weterynarz, co opisały potem gazety, nie odwiózł zwierzaka do kliniki, a ogar-
nięty atakiem sympatii przywiózł je do domu, żeby tam dokonać aktu uśpienia.
Ale im bardziej zbliżał się do domu, tym bardziej współczuł nieszczęsnemu stwo-
rzeniu. Przecież doiły działała instynktownie, starała się zachować całą miłość
pani dla siebie. Tylko tyle. Ludzie, w końcu, postępują znacznie gorzej. [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • natalcia94.xlx.pl