[ Pobierz całość w formacie PDF ]

zainteresowaniem, i on pochlebiany, rozpływał się nad słowikiem nie gorzej od  bajarza z
Witiagskiego zamku. Ja jednosylabowo potakiwałam mu i w żaden sposób nie mogłam się
zdecydować, czy mam się gniewać na niego za  głupią lub odpisać na straty te naprędce
wyrwane słowo. Przedtem również zdarzało się nam nagradzać się nieprzyzwoitymi
epitetami, lecz to nie wychodziło za ramy przyjacielskiej pogawędki, i my nawet tego nie
zauważaliśmy, nie mówiąc już o tym, by obrażać się. Rolar zaś wymówił to słowo z taką
goryczą, jakby ono szło z samego serca i dlatego przedzwięczało jako obrazliwe.
Wampir sam poruszył drażliwy temat:
- Wolha, ja, oczywiście, przepraszam, nie chciałem na ciebie krzyczeć, lecz na
przyszłość zapamiętaj: Strażniczka odpowiada nie tylko za siebie, a w niebezpiecznych
sytuacjach, podobnych jak wczorajsza, takie idiotyczne bohaterstwo jest niestosowne.
- Myślisz, że gdyby Len był z nami, on by was rzucił?
- Oczywiście - bez wahania odpowiedział wampir. -- Gdyby on tego nie zrobił, to
zginęlibyśmy niepotrzebnie, a to jeszcze przeboleje. Lecz ja nie proponowałem tobie nas
rzucać. Mogłabyś poczarować z góry, a zobaczywszy, że sprawę jest licha, uratowałabyś się
chociażby sama. A  za kompanię do boju wkracza tylko beznadziejny głupiec, o czym ciebie
powiadomiłem... jeszcze raz przepraszam.
Jak nie jestem godna pożałowania, Rolar ma rację. Orsana podtrzymała jego pełnym
wyrzutu milczeniem. Ja przegryzłam wargę, by ukryć zmieszanie.
- Teraz obiecajcie, że potem nie będziecie mi jako zjawy, rzucać mi wypominań za
kompanię.
- Jeszcze czego - zachichotali. -- My i bez tego znajdziemy jakiś powód. Na przykład,
za te przepiękne grzyby, które ty tak oburzająco zlekceważyłaś, obraziwszy nasze najlepsze
intencje.
- Ale wy też ich nie jedliście! - oburzyłam się.
- Ze zmartwienia przez gardło nie przeszły - weselili. Orsana dodała: - Lecz konika -
wybrałaś innego. Ona rozsądnie nie miesza się do walki, a zwiewać na niej można nawet
przez rzeki i góry!
Potargałam kobyłę po grzywie:
- Mam takie uczucie, jakby to ona mnie wybrała.
Rolar kiwnął:
- Tak jest widocznie. Kiedy wampir chce zaopatrzyć się w kjaarda, idzie do tabunu i
jeżeli spodoba się jakiemukolwiek zrebięciu, to sam podbiegnie do niego.
- A jeżeli nie?
- No to przychodzisz w następnym roku. Można spróbować poszukać w innych
dolinach, chociaż to nie jest zbyt mile widziane. Kjaardów i dla własnych mieszkańców nie
zawsze wystarcza.
- A posiadacz kobyły nic nie ma przeciwko wampirom, którzy regularnie zwabiają
jego zrebięta na własność?
- U Kjaardów nie ma posiadaczy. Tylko przyjaciele, którym oni pozwalają na sobie
jezdzić. Prościej osiodłać dzikiego dzika, niż cudzego kjaarda, tak że o  kradzieży nawet
mowy nie ma.
- To dlaczego sam na zwyczajnym koniu jezdzisz? - ze zdziwieniem zainteresowała
się Orsana. -Ani jednemu kjaardowi się nie spodobałeś?
Rolar wyraziście mlasnął się po prawym kle:
- Jedna sprawa - ludzka wiedzma na takiej kobyle, a zupełnie inna - wampir na
kjaardzie. Was w najgorszym wypadku obryzgają święconą wodą, a nas wyśledzą w ciemnym
zaułku fanatyczni wiedzmini, którzy poświęcili życie polowaniu na wampiry. Przybiją i
zgodnie obrabują - niepotrzebnie, co, starali się? Oni doskonale to wiedzą: kjaarda posłuszne
tylko nam.
- A ja?
- No, Smółka jest półkrwi, a ty... ty.
- A ja? - stałam się czujna.
- E-e-e... Strażniczka - jakoś zaciął się wampir.
- A kobyle to obojętny jest mój statut? Dzisiaj Strażniczka, jutro nie. Jeżeli ja, z
powodzeniem zamknę Krąg, zwrócę Lenowi rear, to wypadnie mi pożegnać się i z koniem?
- Nie, oczywiście. - Rolar wymuszenie się uśmiechnął, jakby na ważnym zebraniu
zamiast wina w pucharze podali mu ocet, a on salwą wypił  za zdrowie Władcy i nie ma
prawa nawet zmarszczyć się. -- Prawdopodobnie, ona zobaczyła w tobie niejakie... e-e-e-e...
skryte zdolności.
- Magiczne zdolności?
- Nie wykluczone - chętnie, lecz nieszczerze powiedział wampir, bylebym się
odczepiła.
Burza zastała nas bliżej wieczora, ale na szczęście, nie w szczerym polu, a obok
niedużego zakwaterowania, które wymurowane było przy ścianach zamku - niewysokiego i
bez szczególnego bogactwa, lecz dobrze umocnionego. W Belorii takich było pełno,
zwłaszcza w głuszy lub bliżej granicy. Zamki zazwyczaj należały do rycerzy z wybitnych
dawnych rodów, czyi przodkowie w nagrodę za waleczność otrzymali od króla kawałek
niepotrzebnej mu ziemi (jak wiadomo, z dobrymi ziemiami królowie nie rozstają się,
obdarzając poddanych bohaterów głównie zgniłymi bagniskami, głuchymi puszczami lub
starymi, jeszcze elfickimi zabudowaniami). Z zasady, okoliczni mieszkańcy natychmiast
przeprowadzali się bliżej powstającego zamku, sprawiedliwie rozważając, że  będzie bić
lżej , nie mówiąc już o upiorach. W razie napadu wrogów wieśniacy ukrywali się w zamku i
pomagali go bronić, a w pokojowy czas płacili rycerzowi niedużą daninę za ochronę od
rozbójników, dzikiego zwierza niby wilków i niedzwiedzi, jak również smoków, mających
zwyczaj bez popytu raczyć się owcami i krowami.
Z daleka wydawało się, że zamek się pali. ,Przebite iglicą niebo wiło się nad zamkiem
ogromną czarną wstęgą, rozrzucając macki białych błyskawic i donośnie łomotać w łonie
grzmotu. W niektórych miejscach tańczyły purpurowe ogniki. Pochyliwszy się i schowawszy [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • natalcia94.xlx.pl