[ Pobierz całość w formacie PDF ]

szkielety prymitywnych skrzydeł.
W skrzyni była reszta srebrnej siatki. Rozdzielili ją między dwie drewniane ramy i po kilku
próbach udało się im ją zamontować. Umocowali tkaninę na oczkach i sprawdzali stabilność
konstrukcji.
Teraz mały Flint już nie miał wątpliwości: to, co starali się złożyć, to naprawdę była para
skrzydeł.
- Proszę pana... - szepnął chłopiec.
Ale Nestor jak zwykle go zignorował. Był nazbyt zajęty sprawdzaniem, czy jedwab i maty,
które zamocowali na ramach, były dobrze naciągnięte. Pracował sprawnie przez ponad
godzinę, sprawdzając każdy naciąg.
- Niech mi pan nie mówi, że zamierza pan naprawdę... ich użyć - odezwał się mały
Flint.
Nestor przypiął sobie pierwsze skrzydło. Chwycił je prawą ręką i spróbował nim poruszyć. -
Coś nie działa... - stwierdził, kręcąc głową.
Flint przejechał ręką po czole. - O, całe szczęście.
Nestor oparł skrzydła o ziemię. - To znaczy, że czegoś tu brakuje...
- Przez chwilę myślałem, że zamierza pan rzucić się z wulkanu! - odezwał się
tymczasem chłopiec, uspokojony. - Jak ci szaleńcy, którzy rzucają się z gór na paralotni!
- Nie gadaj głupstw! Nie zamierzałem rzucać się do morza.
Flint zamrugał oczami. - %7łe co?
Odwrócił się, by spojrzeć z przerażeniem na czarną przepaść w środku wulkanu skąd ciągle
wznosiły się podmuchy ciepłego powietrza. - Znaczy... chce się pan rzucić do środka? Do
wulkanu?
- Właśnie.
- O kurczę... pan jest naprawdę szalony!
Nestor prześwidrował go swoimi przenikliwymi oczami. - Jeszcze niczego nie zrozumiałeś?
To tędy Spencer uciekł z wyspy. I od pewnego czasu odnoszę wrażenie, że mi to mówi. To
tak, jakby chciał zostawić za sobą serię wskazówek dla mnie. Rzucić mi wyzwanie, bym
zrobił to samo.
- No tak, pan jest po prostu stuknięty.
Nestor wzruszył ramionami. - Nie ma sensu, bym ci wyjaśniał, co jest tam, pod spodem. Tym
bardziej, że nigdy byś mi nie uwierzył.
- Słusznie - przyznał mały Flint. - Tak jak nie mogę uwierzyć, że mężczyzna w pańskim
wieku, z całym szacunkiem, zamierza rzucać się do wulkanu na... dwóch słomianych
skrzydłach, bo ma ochotę na śliczny skok do lawy!
Ale Nestor miał całkiem inne zamiary. Wiedział, że w dole znajdzie coś całkiem innego niż
lawę. Pod Tajemniczą Wyspą, jak pod wszystkimi innymi Miejscami z Wyobrazni, było tylko
jedno: szczelina oddzielająca je od rzeczywistości, a Nestor zawsze o niej myślał. Jason i inni,
a przed nimi Penelopa, zdołali ją zbadać, przybywając do serca tej otchłani: do Labiryntu
Cienia.
Połączenia ze wszystkimi Miejscami z Wyobrazni.
Prawdopodobnie tą właśnie drogą Spencerowi udało się uciec.
- Jak ci dwaj, co to sobie zbudowali skrzydła z wosku, które pod pięknym słońcem się
rozpuściły! - biadolił tymczasem mały Flint. - No i właśnie, pana czeka taki sam marny
koniec jak każdego głupka!
Nestor skamieniał.  Skrzydła z wosku..."
- Ależ tak! Jasne! - zawołał. - Oto czego Spencer użył dla wzmocnienia materiału!
Wosku i ptasich piór! Jak Dedal i Ikar! Jak mogłem o tym wcześniej nie pomyśleć?
Flint padł na kolana na ziemię całkiem załamany. -Dlaczego ja nigdy nie trzymam języka za
zębami...? - Potem spojrzał na Nestora, żwawo zmierzającego w stronę plaży i wydał jęk. -
Ale jeśli pan myśli, że mu pomogę się zamordować, to nie!
Stary ogrodnik tymczasem schodził coraz niżej.
- Po moim trupie! - zawołał do niego mały Flint.
Potem zatrzymał przez dłuższą chwilę spojrzenie
na bezkresnym szarym oceanie, który go otaczał.
Wyspa więzienie...
Skalista dziura z palmami, której nie było na mapach od nie wiadomo jak dawna.
Skalista rafa, z której nie było wyjścia, ponieważ jedyne drzwi, przez które tu się przybywało,
nigdy się nie otwierały.
- Może spróbować je przedziurawić - powiedział do siebie chłopiec.
Ale sam w to nie wierzył.
Starego tymczasem pochłonął las, tak że zniknął z pola widzenia.
- Hej, nie! Zaczekaj! - zawołał mały Flint, zrywając się nagle na nogi i szybko zbiegając
ścieżką. - Co pan robi? Zostawia mnie pan samego? Proszę zaczekać!
Mewy niestrudzenie krążyły nad kraterem: potężną czarną zrenicą, która spoglądała groznie
ze środka wyspy zagubionej na krańcach świata.
Rozdział 16
WSPOMNIENIA Z PRZESZAOZCI
- To doprawdy bardzo wielka szkoda, że taki stary ród jak Moore'ów wygasł w taki sposób... -
odezwał się Pires, kiedy schodzili do piwnic budynku po wąskich krętych schodach. - Zmierć
Annabelli była wielką tragedią. Sprawy mogłyby przybrać zupełnie inny obrót, gdyby ona
żyła dłużej. Ale nie ma sensu teraz nad tym płakać.
Anita leciutko się uśmiechnęła.
Opowiedziała Piresowi, jak poznała Covenantów z Willi Argo, o entuzjazmie Julii i Jasona i
powieściach Ulys-sesa Moore'a, które zdołano dostarczyć kilku wydawcom niedługo przed
jego śmiercią.
Pires zapowiedział, że poszuka ich w różnych księgarniach.
Otwierał i zamykał ciąg coraz to solidniejszych i grozniejszych drzwi, prowadząc
dziewczynkę przez istny labirynt korytarzy, który sięgał.chyba okresu nalotów na Londyn
podczas drugiej wojny światowej.
Przechodząc przez jeden z całkiem ciemnych pokoi, Anita się zastanawiała, czy to aby
rozsądne tak dać się prowadzić w podziemia. I czy aby nie zawiódł jej instynkt, kiedy
obdarzyła majordoma pełnym zaufaniem.
Słyszała odległy szmer spływającej wody i podnosząc wzrok, uświadomiła sobie, że znajduje
się dokładnie pod studnią ogrodową. [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • natalcia94.xlx.pl